9 lip 2016

MALE SKLEPIKI SĄ JAK PERŁY



kolczyki z białych pereł kasumi inkrustowanych markazytami


Lubię małe sklepiki, zawsze lubiłam. 
W przeciwieństwie do tych super, hiper i innych zupełnie bezosobowych, są jakieś. Mają swój charakter, klimat, atmosferę, zapach (nie zawsze przyjemny, fakt – taki z rybami to nie pachnie, ale nie uczęszczam).

źródło: www.pinterest.com


Sentyment do małych czuję od dzieciństwa. 
W czasach, kiedy byłam dziewczynką, z zasady sklepy były niewielkie, odwiedzane przez stałą, sympatycznie witaną przez sprzedawców, klientelę. Był czas na pogaduchy, wymianę poglądów, nawiązywanie relacji. 
Nikt nie zmuszał klientów do pracy na akord przy pakowaniu do toreb zakupionych produktów – „bo taśma leci i następni czekają w kolejce”. 
Oczywiście, funkcjonowały też jakieś „samy” z super w nazwie ale nie były tak nieprzyzwoicie nachalne jak dzisiejsze molochy sprzedażowe, potocznie nazywane centrami lub, nie wiedzieć czemu, galeriami. 

źródło: pongameuncafe.blogspot.com

Najcudowniejsze, z czym pewnie wielu się zgodzi, były tak zwane sklepiki kolonialne (zawsze kojarzyły mi się ze sklepikiem z filmu o Pippi Langstrumpf). 
Polska kolonii nie posiadała, niestety, jednak egzotykę rodem z RFN i owszem. 
W takim sklepiku prawie kolonialnym można było dostać/kupić prawie wszystko, o czym można marzyć, a przynajmniej o czym marzyło każde dziecko i niejeden dorosły w tych zamierzchłych czasach. Sama wizyta w takim przybytku rozkoszy była nie lada przeżyciem. Od samego wejścia zmysł zapachu atakowała, mieszanina przeróżnych upojnych woni. Pachniały pomarańcze, czekolady, lukrecja, gumy do żucia, kawa, orientale przyprawy, żelowe myszy z długimi ogonami, zagraniczne papierosy. 
Wspaniały konglomerat zapachów mamił i kusił – chciało się zjeść wszystko i mieć wszystko.

Oczy aż bolały od feerii barw i kształtów. 
Piękne były opakowania czekolad, pudełka z pomadkami, słoje pełne fikuśnych landrynek, przezroczyste szufladki wypełnione wielobarwnymi, żelowymi zwierzątkami czy egzotycznymi orzechami. 
Cudownie wyglądały pudełka zagranicznych papierosów, opakowania kawy, butelki zawierające tajemne napoje wyskokowe.

kalendarz adwentowy, który zrobiłam z pudelek po zapałkach - takich w kolonialnym nie było ale oddaje klimat

A w okresie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, można było dosłownie oszaleć – te czekoladowe figurki Mikołajów czy malutkie choineczki opakowane w błyszczącą folię, otwierane kartonowe jajka, kryjące cudowne niespodzianki – raj dla zmysłów. 
W sklepie kolonialnym czułam się, jakbym trafiła do nieba z tą różnicą, że w niebie (ponoć) można bez ograniczeń korzystać z wszelkich dostępnych dobroci, natomiast w sklepie trzeba za te dobroci płacić żywą gotówką, co poważnie ograniczało możliwości zaspokojenia potrzeb (zwłaszcza dotyczyło to dzieci, które zwykle dysponowały jedynie skromną ilością drobniaków). 

źródło: www.spodlady.com

Ból, jednak do przeżycia, bo zwykle starczało na „donalda” (taka guma do żucia), którego równowartość, w przeliczeniu na złotówki stanowiły trzy kolorowe kulki do żucia. 
Dylemat poważny, bo „donald” był jeden, ale za to balonowy i z historyjką obrazkową do kolekcji, kulki zaś nie balonowe, bez obrazka i w ilości trzech sztuk. 
Ja zwykle wybierałam „donalda”, ze względu na obrazek, najpiękniejszy na świecie zapach (w wydaniu perfumeryjnym byłby to „Le bonbon” V&R) oraz fakt, że był duży więc można było podzielić na kawałki i zostawić na później. 
Litościwie nie będę szczegółowo zgłębiała sposobów na przedłużanie żujności* gumy do żucia, metod jej przechowywania (np. przyklejanie pod blat ławki podczas lekcji) czy podkręcania zanikającej z czasem barwy (przeżuwanie w połączeniu z kawałkiem kolorowej kredki) , które jako dzieci stosowaliśmy.

Rozmarzyłam się.

źródło: www.purlsoho.com


Było minęło, handel się rozbuchał i rozdął do granic możliwości jak sądzę, co niestety przełożyło się na bylejakość zarówno towarów jak i sprzedawców. 
Na szczęście są jeszcze tacy, którzy mimo wszelkich przeciwności losu, kłód rzucanych im pod nogi przez wszelkiego rodzaju instytucje państwowe, żarłoczności wielkich sieci i koncernów handlowych, które za punkt honoru obrały sobie złowienie najmniejszej kliento-płotki, trwają dzielnie w swoich małych sklepikach i na straganach, oferując odpornym na wciskanie kitu niedobitkom uczciwy, dobry towar, miłe rozmowy życzliwość i niewymuszony uśmiech. 
Nie mamią, nie kłamią, nie wciskają pięciu nadgniłych pomidorów do kompletu z dziesięcioma, jedynie na visus jadalnymi, za jedyne 5,99. Tak nawiasem - z czego to wynika, że te pomidory z marketów smakują jakby były nasączone wodą po gotowaniu ryby?

źródło: www.facebook.com


Nie dalej jak dzisiaj, rzucił mi się apel instytucji o nazwie „Związek Obrony Przemysłu Polskiego” z 1932 roku.

Coś w tym jest, nieprawdaż?

Co prawda, w trzydziestym drugim, ani mnie ani nawet moich rodziców na świecie nie było, jednak jakoś zawsze intuicyjnie czułam, że naszych, polskich producentów, handlowców, twórców i wytwórców wspierać trzeba, jeśli nie dla nich samych, to dla własnego dobra.


Dlatego po warzywa, owoce, bakalie świeże i piękne, których mogę zawsze spróbować zanim dokonam wyboru, po jajka od wolnych kur (tych, którzy dręczą zwierzęta nie mam zamiaru dofinansowywać w żaden sposób), po kasze, fasole, grochy i różne inne, chodzę na pobliski placyk ze straganami. 
Jest cudowny, ocieniony nie wyciętymi jeszcze w ramach programu rewitalizacji miasta (!!) starymi drzewami, przyjazny, sympatyczny. 
Zakupy na placyku to nie przykry obowiązek i męka lecz autentyczny relaks, rozrywka oraz przyjemność. Szczególnie na przełomie lata i jesieni, kiedy stoiska aż uginają się pod ciężarem nieprzyzwoicie kolorowych warzyw oraz owoców – działa to na mnie tak samo jak ongiś kolonialny – chciałabym mieć wszystko i zjeść wszystko.

źródło: miody.kwiaty.dekoracje.kościuszki55


Jakiś czas temu odkryłam, że przy nowo - brzydko wyremontowanej ulicy w moim mieście, ograniczonej paskudnymi barierami, pozbawionej wszelkiej cienistej, urokliwej zieleni (iglaste wypierdki wsadzone w gigantyczne, odrażające donice trudno postrzegać jako cienistą zieleń),  rozbłysła iskierka nadziei w postaci sklepiku z miodami o nazwie „MIODY”. 
Taka perełka na betonowym pustkowiu. 
Sklepik jest faktycznie mikroskopijny acz uroczy. Wnętrze zielone, lady i półki z europalet - oszczędnie ale w klimacie. Gdzie nie spojrzeć, stoją słoje, słoiczki, butelki z różnego rodzaju miodami – takimi do jedzenia i takimi do picia. Miody prawdziwe, nie oszukane, od naszych rodzimych bartników. Nie jakieś marketowe zlewki z krajów UE oraz ościennych łącznie z Chinami. Pyszne. 

źródło: miody.kwiaty.dekoracje.kościuszki55


Świetne, pięknie pachnące kosmetyki na bazie miodów. 
Wiem bo wypróbowałam – balsam do ust, sól do kąpieli, czekoladowe mydełka, krem do rąk - bajka. 
Dodatkowo jakieś ręcznie robione drobiazgi i świece z pszczelego wosku. 
No i przemiłe, uśmiechnięte właścicielki, które pięknie pakują prezenty – naprawdę warto zajrzeć. 
Uwielbiam odwiedzać ten sklepik i żywię szczerą nadzieję, mimo wdrożonego programu rewitalizacji/wandalizacji miasta, zachłannych urzędów i zdradliwych sieci, Panie Właścicielki przetrwają, że nie będą musiały się poddać, zamknąć sklepiku i wrócić do orki w jakimś call center czy innym podobnym przybytku beznadziei, za najniższą krajową. 
Szkoda by było tych Pań, ich inwencji, zapału, przyjemności czerpanej ze spotkań w pachnącym sklepiku i pysznych miodów w zasięgu ręki.
Szkoda nas wszystkich, jeśli dobrze się nad tym zastanowić.
żujność* - okres przydatności gumy do żucia w przeliczeniu na ilość godzin żucia


Zachęcam do odwiedzenia sklepiku z miodami przy ul. Kościuszki 55 w Katowicach – warto.
I innych także.

źródło: www.history.org





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz