3 mar 2016

CO MA JAJKO DO KATEDRY




Według anegdoty, kiedy ogłoszono konkurs na zaprojektowanie dachu katedry florenckiej architekt Brunelleschi jako model kopuły, którą zamierzał zbudować, przedstawił jajko. 
Ponoć pomysł ten został początkowo wyśmiany. W końcu jednak powierzono Brunelleschiemu budowę, a kopuła z racji swoich niebywałych rozmiarów (42 m rozpiętości) wzbudziła powszechną sensację.





Ale wrócę do moich ukochanych, najpiękniejszych na świecie jaj Fabergé.
Wiem, że ten temat był wałkowany miliony razy jednak nie potrafię się oprzeć – te jaja są niesamowite. Takie jak powinny być, bogate, błyszczące, prawie na pograniczu kiczu, a jednak doskonałe. 
Cudowne jest to, każde z nich kryje w sobie tajemnicę-niespodziankę. Podobno nikt, oprócz rzecz jasna twórców jaja, nie wiedział co kryje się wewnątrz, dopóki prezent nie trafił w ręce szczęściary, dla której został zrobiony. Po tym pierwszym, z kurką, o którym już pisałam zaczęły powstawać następne.  
Pierwszych dziesięć zostało wykonanych na zamówienie Aleksandra III, a od 1985 roku tradycję tę kontynuował Mikołaj II. Zamawiał 2 jaja rocznie –  jedno jajo wielkanocne było darem dla matki cesarza, cesarzowej Marii Fiodorowny, a drugie prezentem dla jego żony cesarzowej Aleksandry Fiodorowny.






W sumie zamówiono dla rodziny carskiej 52 jaja (inne źródła mówią o 54 jajach).

Niektóre z jaj uważane są za zaginione, czyli tak naprawdę nie wiadomo czy leżą gdzieś głęboko zakopane, służą za pojemniki na igły niczego nieświadomym babuszkom, czy cieszą oczy jakiegoś nieprzyzwoicie bogatego kolekcjonera – egoisty.

Na szczęście nie zaginęło pierwsze jajo, które car Mikołaj II podarował w prezencie wielkanocnym swojej żonie, cesarzowej Aleksandrze Fiodorownie w 1895 r.




A było to jajko z pączkiem róży.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz