1 cze 2016

CZY TO BAJKA CZY NIE BAJKA... Z OKAZJI DNIA DZIECKA

źródło: thegraphicsfairy.com


Wcale nie tak dawno i nie tak daleko żyła sobie dziewczynka o imieniu Dziewczynka. 
Pyzata blondyneczka, uwielbiana przez rodziców. W ciszy, spokoju, dobrobycie, otoczona miłością rosła sobie i rozwijała się jak cenny okaz flory w szklarni. 
Dziewczynka lubiła zabawki, słodycze i ładne sukieneczki. Lubiła śmiać się i bawić – zdrowy objaw.
Mijały lata. Dziewczynka zmieniła się w dziewczynę, a później w kobietę. Polubiła muzykę, miała swój ulubiony film.
 
źródło: joemonster.com

Polubiła też tatuaże. Ozdobiła nimi swoje ciało i stała się kolorowa, jak motyl.
Dziewczynka miała swoje marzenie - chciała gotować dla ludzi, chciała ich gościć, zapraszać, przyjmować. 
Chciała otworzyć własną restaurację i zostać drugą Magdą G. Albo pierwszą, przy odrobinie szczęścia.
Była uparta i zdeterminowana, wyjechała daleko, za granicę aby się rozwijać w lepszym, ciekawszym, bardziej ekscytującym świecie, a także aby zarobić pieniądze, które pomogłyby jej urzeczywistnić marzenia. Wspaniała postawa.
Zmieniła też imię i nazwała się Księżniczką.
Księżniczka do swojej listy rzeczy ulubionych dołączyła jazdę na wrotkach. Nie dość, że stała się wytrawną wrotkarką to jeszcze, jakże sprytnie, wykorzystała nowe hobby w celach zarobkowych i zaczęła rozwozić przesyłki. 
Na swoich ukochanych wrotkach, dzielnie przemierzała ulice dużego, zagranicznego miasta. Nauczyła się lawirować między samochodami, omijać pieszych, odszukiwać ukryte zaułki. Zawsze się spieszyła, żeby rozwieźć jak najwięcej paczek i listów – ciężko pracowała.
 
źródło: www.dailypictur.es.com

Mama Księżniczki obawiała się trochę o jej bezpieczeństwo i, jak każda przeciętna matka w podobnej sytuacji, wyobrażała sobie niekiedy różne kolizje drogowe udziałem ukochanej córeczki w roli ofiary, co nie najlepiej wpływało na jej nastrój.  Jednak bez histerii i paniki więc chapeau bas przed maman.
Ale to nie ma nic do rzeczy, matki tak mają. Są rodzicielsko obciążone.
Wróćmy do Księżniczki.
Mimo, iż zajęta od rana do wieczora, nie zapominała o swej mamusi (o tatusiu także pamiętała, o ile mi wiadomo). Fakt, z powodu nawału zajęć jak sądzę, nie kontaktowała się z mamą szczególnie często, delikatnie rzecz ujmując, jednak trudno sobie wyobrazić żeby mogła zapomnieć o Dniu Matki.
I nie zapomniała.

źródło: www.pinterest.com

Z racji dzielącej je odległości, nie miała możliwości tak sobie, wpaść do mamusi z kwiatkiem na ciasteczko – jak najbardziej zrozumiałe. 
W zamian wymyśliła ŻART NA DZIEŃ MATKI.
Postarała się, nawet namówiła jednego ze znajomych do współpracy – żadnej bylejakości.
A było to tak.
26 maja, późnym wieczorem, Księżna Matka wykąpana, wybalsamowana i lekko rozczarowana brakiem kontaktu z córką, postanowiła udać się na spoczynek. 
W tym momencie zadzwonił jej telefon, a na wyświetlaczu pojawił się numer telefonu Księżniczki.

źródło: clipart.me
Uradowana Księżna kliknęła w guziczek aby uzyskać połączenie i jakież było jej zdziwienie, kiedy w słuchawce odezwał się męski głos, przemawiający w niezrozumiałym dla niej, zagranicznym języku.
Z potoku obcych słów udało się Księżnej wyłowić trzy, które zrozumiała. 
A były to następujące słowa: Księżniczka, mother i police.
Wstępnie zaniepokojona, wydukała nerwowo w swej ojczystej mowie, że owszem, jest mother Księżniczki i dotarło do niej, że coś z policją ale nic więcej nie rozumie, w odpowiedzi na co usłyszała tylko sygnał. Jej rozmówca się rozłączył. 
Poważnie już zdenerwowana Księżna próbowała się połączyć z numerem córki, jednak nikt nie odbierał. Szybko również doszła do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu, skoro nie potrafi się porozumieć z mężczyzną, który do niej dzwonił. Cicho, by nie obudzić Księżnej Babki, która niczego nieświadoma spała spokojnie w pokoju obok, rozpoczęła telefoniadę, a w jej głowie jak slajdy, wyświetlały się obrazy ukazujące Księżniczkę w sytuacjach, w których żaden rodzic, nigdy nie chciałby i nie powinien swojego dziecka oglądać.
W poszukiwaniu Księżniczki Kuzynki, którą miała zamiar obsadzić w roli tłumacza, skontaktowała się z Księciem Dziadkiem, u którego kuzynka przebywała - dostał palpitacji serca – dziwak. Obdzwoniła znajomych lingwistów, aby w jej imieniu spróbowali połączyć się i porozmawiać z osobnikiem, który do niej telefonował z telefonu córki. Posunęła się nawet do tego, że zaczęła wydzwaniać raz po raz do Księcia Ojca, jednak bezskutecznie.
I tak to sobie trwało do rana, aż ktoś życzliwy poinformował ją, że nie było żadnej policji, żadnego zdarzenia, które sobie imaginowała, że Księżniczka ma się dobrze, a ten telefon to był tylko żart.
Taki prezencik z okazji Dnia Matki. Wstrząsające poczucie humoru.
Ubaw po pachy.
Jaki z tego morał, wolę nie wiedzieć.

źródło: www.colourbox.com
Tę historyjkę  gdzieś zasłyszałam i zapisałam w formie bajki. 
To prezent z okazji Dnia Dziecka dla wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem Księżniczki.

P.S. (nie potrafię sobie odmówić)
Tak się zastanawiam, co by było, gdyby trafiło na mnie.
Ja niestety, w przeciwieństwie do trzeźwo myślącej, z natury opanowanej Księżnej Matki jestem panikarą i reaguję histerycznie w stresujących sytuacjach (tę, w skali  od 1 do 10 oceniam na 9 pkt).
Myślę, że w pierwszej kolejności, zaraz po wyjściu z pierwszej fazy szoku i włączeniu myślenia, zaalarmowałabym naszą ambasadę w tym obcym kraju.
Mimo nocnej pory uruchomiłabym grono krewnych i znajomych w celu obdzwaniania wszystkich szpitali oraz komisariatów w zagranicznym mieście (wiem, że nikt by nie odmówił, gdyż w takich sytuacjach empatia rodzicielska bierze górę nad wszystkim innym). 
Rozesłałabym zdjęcia Księżniczki gdzie się da i komu się da.
Rozpętałabym międzynarodową burzę – to pewne.
Jakie prawne konsekwencje szeroko zakrojonej akcji, z udziałem urzędów państwowych, policji oraz mediów, musiałaby w efekcie ponieść dorosła w końcu, samo stanowiąca i samo decydująca Księżniczka oraz jej wspólnik – żartowniś, nie wiem. Przypuszczam jednak, że nie byłoby miło. 
Litościwie pominę milczeniem dość prawdopodobne implikacje tej sytuacji, w postaci zawałów czy wylewów, co mniej odpornych członków rodziny.

źródło: www.pinterest.com
 

23 maj 2016

SPORTOWCY I FASZYŚCI



 
duża bestia
Chodzę sobie do parku codziennie rano, z psami.

Tak, jestem psiarą mam w domu sierściuchy oraz ich sierść, podszerstek, włosy, piasek i walające się po kątach, białe wnętrzności pluszaków (jeden z moich psów, w chwilach frustracji, rozładowuje napięcie rozrywając zabawki na strzępy). 

Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie – sierściuchy są cudowne, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Należą do rodziny. SĄ rodziną.

bestie na kanapie
 Moje dwa psy, chociaż uwielbiają domowe pielesze, kanapy, fotele, a już najbardziej świeżą pościel, kochają też spacery, podczas których spotykają swoich przyjaciół oraz nieprzyjaciół. Prowadzą bogate życie towarzyskie. 


Oczywiście spacer nie może polegać na dreptaniu przy mojej nodze na krótkiej smyczy i w kagańcu, niezależnie od uchwały uchwalonej przez geriatryczne towarzystwo wzajemnej adoracji w urzędzie miasta, w którym mieszkamy. 
Na spacerze się biega, szaleje, zawiera nowe znajomości, rozpoznaje zapachy i gubi się piłki.

źródło: flikr.com
Wszystko jest OK, dopóki nie nastanie wiosna, a do parku nie wylegną faszyści. 

Faszyści są uzbrojeni i niebezpieczni. 
Są wszystkomający, naprawdę. Są dosłownie opancerzeni . 
Mają opaski na głowach, fikuśne kaski, czapeczki,  kije, nakolanniki, nagolenniki, ochraniacze, odblaski, specjalne podkoszulki, dresy, obcisłe lajkrowe  majty (fuj). 
Wiszą na nich liczne pikające ustrojstwa do mierzenia wszystkiego; od ilości przebiegniętych kilometrów począwszy, poprzez liczniki straconych kalorii, wytoczonych w wyniku wysiłku fizycznego kropli potu, oddechów na sekundę, tętna mierzonego na wysokości goleni, po smartfony-ajfony , za pomocą których wszelkie informacje trafiają natychmiast na specjalistyczne fora. 
A to całe uzbrojenie w wyjątkowo jaskrawych kolorach, żeby przypadkiem nie zniknąć nikomu z oczu, żeby kolorystycznie zaistnieć na tle wiosennej zieleni.

źródło: gaukartifact.com


Niektórzy faszyści, ci najniebezpieczniejsi, mają na wyposażeniu masywne rowery, którymi atakują podstępnie od tyłu, w śmiertelnej ciszy, bez ostrzeżenia za to z dużą prędkością. 
Ci najgorsi przejeżdżają tak blisko pieszych, że wręcz się o nich ocierają i zaczynają dzwonić tymi, swoimi przeraźliwie głośnymi dzwonkami, dokładnie w momencie mijanki – przerażające.

Jakby tego nie wystarczyło, faszyści dysponują bardzo bogatym słownictwem w zakresie inwektyw oraz przekleństw, którymi z upodobaniem obrzucają psiarzy oraz ich psy (te najmniejsze, bo przed większymi jednak respekt czują).

źródło: society6.com

Psów nie lubią. Psy to bestie! 
Jeszcze by, nie daj Boże, jakiś nieświadomy ich niechęci szczeniak podbiegł i chciał się zaprzyjaźnić, jeszcze by ubrudził nagolennik opierając się łapkami o nogi faszysty – to byłaby tragedia.
Mimo wspólnej  nienawiści do czworonogów faszyści różnią się między sobą charakterami i zachowaniami. Jedni omijają zwierzęta mrucząc pod nosem brzydkie słowa. 
Inni te brzydkie słowa wykrzykują w kierunku właścicieli psów (czasem wydaje mi się, iż w ten sposób chcą nawiązać jakiś rodzaj znajomości). 
Jeszcze inni wręcz dybią na okazję do bezpośredniej konfrontacji.

Jest taka jedna, z kijami – duża kobieta. 
Zaczaja się na skrzyżowaniu alejek czy na parkowym rondku i zaczyna wypatrywać. Kiedy tylko zauważy na końcu którejkolwiek z alejek psy oraz psiarzy, rusza w ich kierunku z wrzaskiem, wymachując kijami. 
Nie bardzo wiem o co w tym wszystkim chodzi, ponieważ rzeczona pani tropiąc i podchodząc, z własnej nieprzymuszonej woli do psów, jednocześnie wrzeszczy, że się psów panicznie boi i zaraz dostanie zawału, bo ma psią fobię. 
A kiedy już dobrnie do celu, czyli do psów oraz ich właścicieli, to straszy doniesieniem do Straży Miejskiej i tak śmiesznie tłucze tymi swoimi kijami w podłoże.
Tak sobie myślę, że gdybym się kogoś/czegoś bała, to raczej starałabym się uciekać – zupełnie nie rozumiem tej kobiety. 

W każdym razie, przyzwyczailiśmy się do niej – co bardziej strachliwe psiaki już nie uciekają w siną dal, tylko biorąc przykład ze swoich odważniejszych kolegów, przyglądają się babsku z politowaniem i stoickim spokojem.

źródło: picclick.com

Moja koleżanka parkowa - Ewa (psiara, a jakże), która jest autorką określenia „faszysta/faszystka” dla tego typu sportowców/ludzi, a która bywa przez nich atakowana bardzo często z uwagi na fakt, iż ma małe psiaki, przed którymi nikt respektu nie czuje, wysnuła na ich temat własną, nie pozbawioną sensu teorię.

Otóż, ci faszyści po prostu nie lubią biegać, chodzić z kijami, jeździć na rowerze czy spacerować. 
Oni to robią pod przymusem – lekarz kazał się rozruszać, niedługo lato, plaża – tłuszczyk trzeba wypocić, kumple z roboty pakują – nie można się wyłamywać. 
Na fejsie czy innym należy się pokazać od strony tężyzny fizycznej. 
Nie jest lekko. 
A jeśli ktoś, co się zdarza, czuje wstręt do aktywności fizycznej, natury, wczesnego wstawania, to musi strasznie cierpieć. 
A jak cierpi i jest niezadowolony, to się musi na kimś wyżyć, spuścić parę z gwizdka. 
W sumie trudno się dziwić.

źródło: pinterest.com


W każdym razie, my psiarze staramy się omijać faszystów, bo po co sobie psuć radość z porannego spaceru i narażać na stres, niewinne stworzenia. 
Staramy się, ale nie zawsze się udaje ponieważ zdarza się, iż ktoś wygląda na faszystę, a okazuje się być sportowcem i na odwrót.

źródło: anaarpartblog.com


W pewnym momencie, zeszłej wiosny,  pojawiła się w parku ekipa facetów – biegaczy. Byli uzbrojeni , co prawda nie tak całkowicie bo nie mieli tych pikających urządzeń pomiarowych. 
Wydawali się być nieprzyjaźni, a biegnąc w zwartym szyku sprawiali, że ziemia drżała i dało się słyszeć głuchy, dudniący odgłos – grozą wiało. 
Ponadto, z racji mocno zbudowanych sylwetek i dziwnego wygięcia ciał, wyglądali jak stado centaurów. 
Obstawiałyśmy z koleżankami, że faszyści, tak na 95%, a tu niespodzianka. 
Całkiem normalni ludzie – nie starali się nas obrazić, nie przeklinali, a kiedy raz zdarzyło się, że moja malutka suczka nie zdążyła umknąć ze ścieżki (szybcy byli - skubańcy), to ją przeskoczyli, kolejno jeden za drugim i pobiegli dalej. I jeszcze się uchachali z tej okazji.

źródło: rainydayrunner.com
Innym razem, idziemy sobie alejką, a z góry schodzi starszy pan. 
Elegancki, w szarym płaszczu narzuconym na popielaty garnitur. Kapelusz, wypastowane buty, okulary w złotych oprawkach – zero faszystowskiego uzbrojenia. 
Ten typ, który od pierwszego wejrzenia budzi zaufanie i szacunek. 
Spokojnie minął mojego dużego psa, który szedł pierwszy, minął mnie skinąwszy głową i wtedy, nie wiem dlaczego, „tknęło mnie”. 
Odwracam się i widzę elegancika jak zamierza się wypielęgnowanym, sznurowanym półbutem, na moją małą suczkę, która jak zwykle, snuła się na końcu. 
Nie kopnął jej, nie zdążył, bo wrzasnęłam bardzo głośno. 
Zachowałam zimną krew, za co do dzisiaj się podziwiam, bo nieczęsto mi się zdarza. Przywołałam do nogi dużego psa, podeszliśmy razem do „nobliwego starszego pana” bardzo blisko, naruszając z premedytacją jego przestrzeń osobistą i spokojnym głosem, opowiedziałam mu historię o tym, co mogłoby się zdarzyć przypadkiem, gdybyśmy jeszcze raz musieli przejść obok siebie. 
Udzieliłam panu cennej rady dotyczącej różnych opcji wyboru trasy, na wypadek niespodziewanego spotkania, pożegnałam grzecznie i odeszłam. 
Jeszcze kilkakrotnie widziałam tego tajniaka. Z daleka, nie zbliżał się, tak jak prosiłam. 

To był autentycznie odrażający, utajniony faszysta.

źródło: pinterest.com
Na szczęście, kiedy już minie sezon na faszystów usportowionych, na placu boju pozostają prawdziwi sportowcy, ubrani w cokolwiek, nie liczący kalorii, obuci w znoszone adidasy czy trampki. 
Biegają, jeżdżą na rowerach, pomykają z kijami, wykonują skręty i skłony, niczym nieskrępowani. 
Mówią „dzień dobry”, głaszczą chętne do głaskania psy, przystają na pogaduszki, słuchają śpiewu ptaków, z zachwytem patrzą jak zmienia się sceneria w zależności od pór roku. 
Podobnie jak psiarzy, nie zraża ich słota, śnieg czy wiatr. 

źródło: memrise.com
 Oni lubią to co robią, więc mogą być mili.

źródło:tianxingi.com
P.S. 
Za wszystko co od Was otrzymałam 22 maja w tym roku – dziękuję Wam, kochani.

17 maj 2016

"WSPANIAŁE STULECIE" - BIŻUTERIA SUŁTANA SULEJMANA WIELKIEGO


mój naszyjnik

Zrobiłam naszyjnik z kryształów, pereł słodkowodnych i kolorowych metali – 
na bogato.

Ostatnimi czasy rekordy popularności bije serial „Wspaniałe Stulecie”.

www.fakt.pl
Nie będę się rozpisywała – kto lubi i ogląda, ten jest na bieżąco, kto nie ogląda, wie mniej więcej o co chodzi i tyle mu wystarcza. 
Ja nie oglądam, ale doceniam, scenografię, kostiumy, a przede wszystkim biżuterię (wystarczą mi zdjęcia). 
Jest bogato, niewątpliwie, ale mimo wszystko urokliwie. 
Może ten nadmiar przepychu troszkę przytłacza, jednak jeśli „wyciągnąć” dla siebie i wmontować we własną przestrzeń kilka bogato zdobionych drobiazgów, może być miło.


Ja wybrałam biżuterię, jakże by inaczej zwłaszcza , że doszły mnie słuchy, iż sam sułtan Sulejman Wielki, w ramach terapii odstresowującej czy też hobbistycznie, osobiście tworzył biżuterię dla mieszkanek swojego haremu.

jeszcze jeden naszyjnik, z kryształem, perłami, na grubym łańcuchu
 
Takie ozdóbki „na bogato” świetnie sprawdzają się i w dzisiejszych czasach. 
Podkręcają każdy strój, od balowej sukni, nawiasem mówiąc, dość rzadko przez nas, współczesne kobiety noszonej (deficyt bali), po zwykłą trykotkę ubraną do dżinsów i ciężkich butów.

tak wygląda naszyjnik na szyi dziewczyny ubranej w czarny, prosty sweter - naprawdę zdobi
 
Polecam z całego serca, naprawdę nieźle to wygląda – nie ma się czego bać.

Sulejman Wspaniały (urodzony 6 listopada 1494) to jeden z najwybitniejszych władców Imperium Osmańskiego.

www.historia.org.pl
 Duży wpływ na jego rządy miała jedna z jego żon - Rusinka Hurrem (stąd przydomek Roksolana), która przyszła na świat w państwie Jagiellonów. (źródło: polskieradio.pl)

rosomag.pl
Dla wielu historyków to największy władca i zdobywca świata czasów nowożytnych. 
Zdobył Budę, Belgrad, Rodos, oblegał Wiedeń. Na wschodzie zdobył Bagdad. 
  
Jego imperium zajmowało obszar równy połowie kontynentu europejskiego.


Sulejman rozbudował flotę wojenną, zreformował prawo, usprawnił administrację, wspierał sztukę, ufundował wiele meczetów i świeckich publicznych budowli. Nie zapominajmy też, że był dzielnym i biegłym we władaniu bronią wojownikiem (podobno podczas bitwy pod Mohaczem w 1526 r. osobiście zabił trzech atakujących go węgierskich rycerzy – przyp. Krzysztofa Różyckiego). 
Synów ponoć zabijał, gdyż albo chcieli pozbawić go tronu, albo przypuszczał, że chcą go zdetronizować (zdecydowanie mnie zmroziło).

naszyjnik z kryształem i niebiesko-zielonymi perłami słodkowodnymi
 
Jednym z jego hobby było też robienie biżuterii. (źródło: pl.wikiquote.org)